Życie i śmiech na końcu świata

DSC02298

Na końcu świata jest całkiem swojsko. Przyjeżdża ludzie, którzy chcą najchętniej odpocząć od wszystkich innych ludzi na końcu świata i tam lądują w małych chatkach stawianych na małym prywatnym terenie najgęściej jak się da, także w nieuchronny sposób słyszą przez ścianę chrapanie swoich sąsiadów. I gdzieś na końcu świata odtwarzamy naturalnie ad hoc małą wioskę, wszyscy się znają, jeśli nie z imienia to chociaż kojarzymy się wzajemnie, widując się tu i tam i pozdrawiając, para dredziarzy z Francji z małym chłopcem i dziewczynką, taki blondyn o nordyckich rysach z gęsto wytatuowanymi rękoma, starszy Francuz co gra na fujarce i prowadzi się z młodą dziewczyną chyba z Włoch. Jak potrzebuję wymienić pieniądze, a na wyspie tej nie tylko nie ma internetu, ale i bankomatów i kantorów, dowiaduje się, że Lucy z sąsiedniego domu pomógł Dino z Austrii, który zwykł przesiadywać w kawiarni przy rynku i mieszka w kompleksie domków Gaya’s Garden. Nie znajduje go przy kawie, więc udaje się do Gai i tam szef kuchni prowadzi mnie pod jego domek, wyciągam faceta w majtkach z wczesnopopołudniowej siesty, on mówi, że już nie może mi pomóc, bo pozbył się nadwyżki rupii, a Lucy wymienił po zaproponowanej przez niej stawce by nie psuć sobie karmy chciwością, ale już mi nie może pomóc. Jednocześnie spytał mnie kto aktualnie mieszka w kompleksie domków gdzie my się zakwaterowaliśmy i okazało się, że prawie wszystkich zna. Ludzie dobierają się w spontaniczne grupy, samotnie podróżujący chłopak z Izraela podłączył się do pary młodziaków z jego kraju, razem chodzą na plażę i śniadania i wybrali się na trek po dżungli, obok nas samotnie podróżując a Hiszpanka zgrała się z parą Włochów, razem nurkują i chodża na kawę.

DSC02292

Z Anetą chodzimy naszymi ścieżkami, z zasady mało planujemy, ale otwieramy się na spontaniczne pomysły. I tak poprowadziłem pewnego ranka sesję jogi śmiechu. Najlepsze, że sami ludzie poprosili mnie o to gdy usłyszeli czym się zajmuję. W sesji wzięła udział większość mieszkańców naszego niby-hotelu z kuchnią o nazwie przywołującej na myśl wschód słońca. Zainteresowałem parę z Kanady, która chce poszukać klubu śmiechu w ich kraju, wcześniej słyszeli w radiu i telewizji, ale nie myśleli, że to takie fajne, a Igo z Izraela zaproponował, że zaprosi mnie z warsztatem do studia jogi swojego kolegi w Tel Awiwie. Tak się rozkręciliśmy, że nawet ćwiczenia leżące wykonaliśmy na klifie z widokiem na bezkres morza. Elena z Hiszpanii poprosiła mnie po tym o naukę indywidualnej praktyki tak by przejść ze śmiechem przez swoją dalszą podróż przez Azję.

DSC02248

Co ciekawe, na końcu świat, ludzie są nie dość, że bardzo uczciwi, to jeszcze nawet niespecjalnie zainteresowani zarobkiem. Nasz kucharz hotelowy proponuje ludziom by wybrali się przez 3 dni na świątynny prasad w miasteczku, bo będą mieli za darmo a jedzenie nie gorsze niż niego. Rikszarze kończą prace o 19 i nie chcą nawet za podwójną stawkę podwozić po zmroku. Taksówkarze uczciwie cię informują, że interesującą cię trasą jeżdżą publiczne autobusy, które są dużo tańsze, wyraźnie wolą grać dalej w karty niż zarobić dodatkowych parę stówek. To nie Bombaj gdzie na dworcu rikszarze przepychali się by zgarnąć mnie jak kawał obrosłej dolarami zwierzyny. Do kontynentu indyjskiego tutaj odległość 1500 km a do Bombaju dojdą pewnie jeszcze z jakieś 2000, tylko strefa czasowa ta sama utrzymana dla czystej wygody nie ruszania zegarków. Właściciele domków nie nalegają na to by się deklarować, ile zostaniesz, to oczywiste, że siedzisz dopóki masz ochotę i jak masz dość to idziesz wystarczy wieczorem wspomnieć, ze już rano się zwijasz. Nikt się nie spieszy też z gotowaniem.. Nawet możesz wpaść zamówić, zrobić zakupy odebrać pranie i załatwić wymianę waluty, a jak wrócisz to za 30 minut dostaniesz posiłek.

DSC02287

Jest tu taki zrelaksowany wyspiarski rytm, sprzedawcy kokosów grają w szachy ze sprzedawcom pomarańczy i tym od warzywniaka. Dalej gość od wynajmu i naprawy rowerów gra w indyjską wersję bilardu,, gdzie nie potrzeba kijów tylko pstryka się w krążki, ale poza tym zasady te same jak w snookerze, w stojącym na beczce drewnianym blacie maja nawet woreczki na wbite krążki i własnej roboty trójkąt ze słomek do początkowego rozstawienia krążków na środku. Nie tylko Polak potrafi, ale najwyraźniej i Hindus, szczególnie Hindus Andamański.

DSC02394

Komentarze Facebook

Życie i śmiech na końcu świata

DSC02298

Na końcu świata jest całkiem swojsko. Przyjeżdża ludzie, którzy chcą najchętniej odpocząć od wszystkich innych ludzi na końcu świata i tam lądują w małych chatkach stawianych na małym prywatnym terenie najgęściej jak się da, także w nieuchronny sposób słyszą przez ścianę chrapanie swoich sąsiadów. I gdzieś na końcu świata odtwarzamy naturalnie ad hoc małą wioskę, wszyscy się znają, jeśli nie z imienia to chociaż kojarzymy się wzajemnie, widując się tu i tam i pozdrawiając, para dredziarzy z Francji z małym chłopcem i dziewczynką, taki blondyn o nordyckich rysach z gęsto wytatuowanymi rękoma, starszy Francuz co gra na fujarce i prowadzi się z młodą dziewczyną chyba z Włoch. Jak potrzebuję wymienić pieniądze, a na wyspie tej nie tylko nie ma internetu, ale i bankomatów i kantorów, dowiaduje się, że Lucy z sąsiedniego domu pomógł Dino z Austrii, który zwykł przesiadywać w kawiarni przy rynku i mieszka w kompleksie domków Gaya’s Garden. Nie znajduje go przy kawie, więc udaje się do Gai i tam szef kuchni prowadzi mnie pod jego domek, wyciągam faceta w majtkach z wczesnopopołudniowej siesty, on mówi, że już nie może mi pomóc, bo pozbył się nadwyżki rupii, a Lucy wymienił po zaproponowanej przez niej stawce by nie psuć sobie karmy chciwością, ale już mi nie może pomóc. Jednocześnie spytał mnie kto aktualnie mieszka w kompleksie domków gdzie my się zakwaterowaliśmy i okazało się, że prawie wszystkich zna. Ludzie dobierają się w spontaniczne grupy, samotnie podróżujący chłopak z Izraela podłączył się do pary młodziaków z jego kraju, razem chodzą na plażę i śniadania i wybrali się na trek po dżungli, obok nas samotnie podróżując a Hiszpanka zgrała się z parą Włochów, razem nurkują i chodża na kawę.

DSC02292

Z Anetą chodzimy naszymi ścieżkami, z zasady mało planujemy, ale otwieramy się na spontaniczne pomysły. I tak poprowadziłem pewnego ranka sesję jogi śmiechu. Najlepsze, że sami ludzie poprosili mnie o to gdy usłyszeli czym się zajmuję. W sesji wzięła udział większość mieszkańców naszego niby-hotelu z kuchnią o nazwie przywołującej na myśl wschód słońca. Zainteresowałem parę z Kanady, która chce poszukać klubu śmiechu w ich kraju, wcześniej słyszeli w radiu i telewizji, ale nie myśleli, że to takie fajne, a Igo z Izraela zaproponował, że zaprosi mnie z warsztatem do studia jogi swojego kolegi w Tel Awiwie. Tak się rozkręciliśmy, że nawet ćwiczenia leżące wykonaliśmy na klifie z widokiem na bezkres morza. Elena z Hiszpanii poprosiła mnie po tym o naukę indywidualnej praktyki tak by przejść ze śmiechem przez swoją dalszą podróż przez Azję.

DSC02248

Co ciekawe, na końcu świat, ludzie są nie dość, że bardzo uczciwi, to jeszcze nawet niespecjalnie zainteresowani zarobkiem. Nasz kucharz hotelowy proponuje ludziom by wybrali się przez 3 dni na świątynny prasad w miasteczku, bo będą mieli za darmo a jedzenie nie gorsze niż niego. Rikszarze kończą prace o 19 i nie chcą nawet za podwójną stawkę podwozić po zmroku. Taksówkarze uczciwie cię informują, że interesującą cię trasą jeżdżą publiczne autobusy, które są dużo tańsze, wyraźnie wolą grać dalej w karty niż zarobić dodatkowych parę stówek. To nie Bombaj gdzie na dworcu rikszarze przepychali się by zgarnąć mnie jak kawał obrosłej dolarami zwierzyny. Do kontynentu indyjskiego tutaj odległość 1500 km a do Bombaju dojdą pewnie jeszcze z jakieś 2000, tylko strefa czasowa ta sama utrzymana dla czystej wygody nie ruszania zegarków. Właściciele domków nie nalegają na to by się deklarować, ile zostaniesz, to oczywiste, że siedzisz dopóki masz ochotę i jak masz dość to idziesz wystarczy wieczorem wspomnieć, ze już rano się zwijasz. Nikt się nie spieszy też z gotowaniem.. Nawet możesz wpaść zamówić, zrobić zakupy odebrać pranie i załatwić wymianę waluty, a jak wrócisz to za 30 minut dostaniesz posiłek.

DSC02287

Jest tu taki zrelaksowany wyspiarski rytm, sprzedawcy kokosów grają w szachy ze sprzedawcom pomarańczy i tym od warzywniaka. Dalej gość od wynajmu i naprawy rowerów gra w indyjską wersję bilardu,, gdzie nie potrzeba kijów tylko pstryka się w krążki, ale poza tym zasady te same jak w snookerze, w stojącym na beczce drewnianym blacie maja nawet woreczki na wbite krążki i własnej roboty trójkąt ze słomek do początkowego rozstawienia krążków na środku. Nie tylko Polak potrafi, ale najwyraźniej i Hindus, szczególnie Hindus Andamański.

DSC02394

Komentarze Facebook