Wyspa świątecznego spokoju

 

Są takie miejsca na świecie, gdzie czas płynie wolniej, ludzie się naturalnie uśmiechają, a życie wydaje się prostsze i jednym z nich dla mnie osobiście jest La Gomera, jedna z 2 najmniejszych Wysp Kanaryjskich. Jesteśmy tutaj drugi raz i cieszymy się letnią pogodą w zimę. Codziennie rozkoszuję się pięknym widokiem z naszego domku, z którego podziwiam jednocześnie bezkres Atlantyku i góry, coś co nie mieściło mi się w głowie gdy jako chłopiec uczyłem się, że morze jest hen hen od Łodzi na północy, a góry hen hen od Łodzi na południu. Rozalka już pomogła oswoić sąsiadki, które zapraszają ją do swoich domów, częstują owocami i czułymi słowami, a małą dziewczęcą torebkę napełniają cukierkami, które jako odpowiedzialny rodzic staram się później po cichu wyjmować. Noszę małą tu i tam, kąpiemy się w morzu, huśtamy na placu zabaw, siestujemy w hamaku, słowem, żyję życiem o jakim kiedyś tylko mogłem marzyć.

Rytm życia wyspy wyznaczają wielkie statki zwane tutaj „cruseros” czyli wycieczkowce, pływające miasteczka, bo niektóre potrafią mieć na pokładzie kilka tysięcy ludzi czyli 1/3 lub 1.2 populacji 8-tysięcznej stolicy wyspy. Ja sobie spokojnie kontempluje o poranku przy dobrej herbacie widok nadpływających wielkich statków, a okoliczni artyści i hipisi poukrywani w jaskiniach tu i tam na ich widok przybywają na główny plac i rozstawiają różne cuda. W tym roku odkryciem dla mnie była Monica, która zajmuje się sztuką upcyklingu i stworzyła piękną torbę z 250 opakowań po kawie poskładanych w równe kostki mniejsze niż paznokieć, a do puszek po napojach wszyła zamek błyskawiczny czyniąc je portfelami. I tak gdy oglądam sobie różne piękne i często niepotrzebne rzeczy, które mogą przynieść fajnym ludziom godny zarobek, słyszę język polski! Na Gomerze poza naszą przyjaciółką Anią, jej synem i kilkoma osobami nie ma naszych rodaków. A tu dowiaduje się, że od niedawna po wyspach Kanaryjskich i Maderze kursują wycieczkowce jednego z dużych polskich biur podróży. Co więcej statek ten miał zawitać tu dopiero w czwartek ale przez złe warunki na morzu nie mógł dotrzeć do La Palmy i wybrano Gomerę i tak dziś na wyspie górą jest Polska, biało-czerowni!

Recyklingowane cuda z targu w San Sebastian de la Gomera na święta :)

Rozradowany tym faktem od razu pochwaliłem się często przysiadającemu na ławeczce w centrum San Sebastian mojemu przyjacielowi Mauricio z Włoch: patrz, Mau, co się w tym świecie narobiło Polska awansowała na mundial, a Włochy nie. Polska ma swojego wycieczkowca na Gomerze, a Włochy jeszcze nie! Śmiejemy się razem bo traktujemy te narodowe wyliczanki jako żarty, a poważne do nich podchodzenie nigdy nie zakończyło się przecież czymś dobrym. I tak sobie siedzimy na ławeczce i patrzymy jak ze statku schodzą kolejni rodacy, uśmiechnięci dżentelmeni, damy w kapeluszach, miłe zakochane pary… Pojawiają się wyluzowane mamy w indyjskich kolorowych ciuchach, które wkrótce z Anetą bawią się wraz z maluchami na naszym ulubionym świetnie wyposażonym i nasłonecznionym przez okrągły rok placu zabaw. Ale też i trafiają się rodacy wyglądem i nawykami bliżsi średniej powiatowej. Gromadzą się na plaży już o poranku przy butelkach whiskey, głośno znaczą swoją obecność za pomocą telefonu grającego na cały nie tak skromny smartfonowy regulator „Oczy zielone”. Postanawiam ich nie oceniać, nie odwracać się wzrokiem tylko przywitać ich na ziemi ciut ciut troszeczkę mojej bo przeze mnie oswojonej. W sercu ucieszeni z rodaka, pomimo głupawych ironii „my nie z Polski, my tylko gadamy po polsku”, pytają mnie o to co można zrobić na tej wyspie, bo trochę się już nudzą.

La Gomera

No tak, jest tu piękna plaża, ja na nią chodzę już drugi tydzień dzień w dzień i mi to wystarcza do szczęścia. Jest i sympatyczne miasteczko, 3 ulice na krzyż i jeden plac pełen kotów – malutkie ale przytulne z artystycznym smakiem. I w tle są góry, majestatyczne z bujną zielenią i skalistym wierzchołkami, tylko góry jak to góry to już wymagają więcej czasu niż pewnie macie i odpowiedniego, cieplejszego ubioru.

„No to dupa” – usłyszałem – „nic więcej nie ma?”. „No nie ma moi drodzy – powiedziałem – wiecie to trochę jest taka wyspa dla emerytów i takich jak ja rodziców z dziećmi, którym wystarczy trochę słońca, własny kąt z kuchenką, mała plaża z czarnym wulkanicznym piaskiem, sklep z pieluchami i plac zabaw dla malucha. Jakbyście chcieli poimprezować to trzeba skoczyć na Teneryfe przy dobrych wiatrach godzinka statkiem i załatwione. Aha, tam wyżej na zakręcie jest bar o nazwie La Curva, możecie się wspiąć i strzelić sobie selfika”.

I tak rodacy odjechali, świat wrócił do normy, jaką oznacza tu pojawianie się na przemian statków angielskich i niemieckich, minęły jakieś trzy dni w naszym spokojnym tempie i kolejnego poranka widzę z okna znów, jak zapewne polski, bo znacznie mniejszy niż zwykle statek, podpływa do naszej skromnej przystani. Myślałem, że już się nie spotkamy z rodakami, bo wypadałoby na zdrowy rozsądek przestawić program i zabrać ten prawie tysiąc turystów tym razem na La Palmę, ale widać coś tej grupie czy temu biuru z La Palmą nie po drodze i tak rodaków przywykłych do tego by każdego dnia poznawać nową wyspę, znów zrzucono desantem na La Gomerę. Schodząc tradycyjnie z Rozalką na dół na plac zabaw spotykam dwie panie – mamę z dorosłą córką, które robią sobie selfie z kijka na Miradorze czyli punkcie widokowym na port, plażę i panoramę San Sebastian, który mijamy kilka razy dziennie i gdzie jest tych kilkanaście niefortunnych schodków, które pokonujemy z wózkiem w podskokach. O ile oczywiście idę z wózkiem bo coraz częściej noszę mała na plecach w nowym nosidełku, na którym jest wyższa ode mnie i tak się cieszy widokami, że z radości daje mi buzi z obu stron. Pozdrowiłem panie w sposób krajowy bo przecież nie będę zgrywał Hiszpana czy Alemana, jak tu mawiają na Niemców. I znów to proste i pewnie naturalne pytanie do „pana nie ze statku”: „co tutaj ciekawego do zobaczenia?”. Dom Kolumba, gdzie podobno mieszkał, widziały, plaże też, park z więżą, gdzie podobno mieszkała kochanka Kolumba również. No jeszcze możecie spotkać Mauricio i za co łaska kupić od niego piękne serduszko z pestki awokado.

„Naprawdę nic nie ma tu nic więcej do zwiedzania?” – pyta młoda Ania. „Wiesz no ja to się nie interesuje zwiedzaniem świata życia, tylko jego doświadczaniem, mnie to wystarczy usiąść sobie na tej ławeczce i na te morze mogę patrzeć godzinkę, dwie, trzy, a jak ktoś się przysiadzie i jeszcze wezmę sobie jakieś miejscowe mango lub kilka owoców kaki to i na 4 godziny starczy. O ile córka pozwoli. Na tej wysepce mam wszystko czego potrzebuję, najwyżej brakuje niektórych bliskich ale ufam, że prędzej czy później by nas tu odwiedzili jakbyśmy tu zamieszkali”. „Ja to bym mogła – pada odpowiedz młodszej z pań- na takiej wysepce spędzić taki spokojny dzień jak ty mówisz ale po 30 dniach zwiedzania. Nawet w Manchesterze jak miałam tylko przesiadkę samolotu wyrwałam się z lotniska na 15 minut by obejrzeć galerię sztuki i od razu się zapytałam pracownika, która sala jest najlepsza, bo miałam czasu na jedną, góra, dwie sale”. No cóż to ja mam inaczej, może się już po prostu nazwiedzałem, może po prostu lubię mieć więcej czasu. W każdym razie mówię jej – jak też kiedyś poczujesz taki stan dobrego nasycenia, to ufam, że wrócisz na Gomerę, wyspę, gdzie nie ma nic, a jednocześnie jest wszystko.

Wieczorem usłyszeliśmy z Rozalką dochodzące z dołu dźwięki orkiestry dętej. Mała piszczała z radości i wołała: „tata, tato, tati!”, a ja wiedziałem, co to znaczy. Zeszliśmy na dół i zobaczyliśmy jak przed starym kościołem Wniebowstąpienia Matki Boskiej, który bardzo lubimy i gdzie czujemy spokojną, może nawet i żeńską energię, gra cała orkiestra Mikołajów na puzonach, tubach, saksofonach, a małe mikołajki w czapkach czerwonych z pomponem i reniferki śpiewają. Wokół ludzie cieszą się, dzielą jedzeniem, słuchają, trochę gadają. Cieszymy się chwilę, mała podskakuje w nosidle, ale po chwili idziemy dalej i przechodząc koło stacji benzynowej słyszymy soczyste „kur mać”. Okazuje się, że to ta grupka Polaków z plaży wkurza się, że zamknięto już sklep i nie chcą ich obsłużyć. Jej lider rozpoznał mnie: „a to ty od tych emerytów i małych dzieci!”. I zaczęła się opowieść: „Wiesz, że jest inaczej niż mówiłeś! Normalnie, kur**, się przejechaliśmy po tej wyspie, tak no dookoła i wiesz, że kur** tu jest zajebiście! Z lewej strony świeci słońce, z prawej pada deszcz, tyle gór, takie kształty kosmiczne, skały w jakieś istoty się układające, jakie dziwne piękne rośliny jak z jakiegoś kur** raju. Ja tu normalnie na całe wakacje przyjadę. Tylko ludzie tacy dziwni, wiesz w trzech restauracjach byliśmy wszędzie stoliki zarezerwowane, a to nasza ostatnia noc, ja proponowałem im, że dwa razy tyle zapłacę i niech zabiorą w cholerę te kartki „reservado”, a oni i tak chcieli trzymać rezerwacje. Ale potem znaleźliśmy taki bar normalny, nie? Taki gdzie można normalnie zjeść i napić się. Tylko, żeby nigdzie po 21 nie było sklepu gdzie można by flaszkę kupić?”. No cóż, ucieszyłem się, że jakoś na swój sposób kochana Gomera na nich pozytywnie wpłynęła. Bo Ania, która jest tu już czwarty rok mawia, że za każdym razem jak tu dopływa z Teneryfy od razu czuje inną aurę, a wyspa każdym się zaopiekuje. A i niech każdemu będzie dane odpowiednie środowisko do życia i szczęścia i ufam, że nasi drodzy rozmówcy będą już kolejnego dnia wypoczęci i zadowoleni w naszej pięknej polskiej krainie całodobowo miodem i wódką płynącej.

Także i dla Was niech wszystko się dobrze układa, niech święta przebiegają spokojnie i radośnie, a kto poczuje w sercu wołanie Gomery niech tu przybywa!

Ð

Komentarze Facebook

2 Comments on “Wyspa świątecznego spokoju”

  1. Piotrze, dziękuję za opowieść o La Homerze. Już się w niej zakochałam.

    1. Ulu, cieszę się niezmiernie, łącząć się w zakochaniu w Gomerze i w Życiu najlepszego dla Ciebie! :) <3

Dodaj komentarz