Bardziej hindu od Sziwy!

sziwa

Poranną praktykę jogi w górującej nad Arambolem świątyni zaczynam od powitania słońca. Na parkiecie dziedzińca świątyń jest spokojnie i wygodnie jak nigdzie, maty nie zasypuje piasek czy nie kładą się na niej plażowe psy. Nieraz widziałem jak na terenie świątyń ludzie spali, jedli, ćwiczyli jogi, więc absolutnie nie mam poczucia bym zakłócał sfery sacrum. Oprócz mnie ćwiczyły jeszcze 3 osoby, para młodych ludzi z Rosji i również młoda nauczycielka jogi z Finlandii, znamy się z wspólnej porannej praktyki. Nagle jakaś wyraźnie przejęta i zakłopotana dziewczyna zagaduje mnie gdy jestem w pozycji psa z głową do góry, pytając czy znam rosyjski. „Nie mnożka, ale dawaj” – odpowiadam po tym jak zakończyłem cykl ze szczerą chęcią zrozumienia rosyjskiego, czuję, że może potrzebować pomocy. Ona całkiem jako-taką angielszczyzną mnie pyta, czy ja myślę, że to jest ok, żeby pokazywać Bogu tyłek.

W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć o co jej chodzi. Po chwili dotarło do mnie o co może jej chodzić. Po prostu naturalnie ustawiłem się wykonując powitania twarzą do Słońca, co akurat oznaczało, że byłem tyłem do zamkniętej za kratą figurki bliżej nieznanego mi jednego z tysięcy wcieleń Boga. Odpowiedziałem jej, że dla mnie ważne jest co mamy w sercu i intencja, i jeśli podchodzę z szacunkiem do zawiadującego tym wzgórzem i świątynią odzwierciedlenia Boga kłaniając się w stronę Słońca, jak jogini robili od wieków, to czuję, że wszystko jest w porządku. I wtedy powiedziała mi „ja nie mam z tym problemu, ale Indian people mają, a jak cię zobaczą to się pogniewają”. Wiele razy ćwiczyłem w ten sposób jogę w tej świątyni, często zaglądali Hindusi, większość nie zwracała na mnie uwagi, niektórzy mnie pozdrawiali, inni robili mi zdjęcia smartfonami, kilka razy opiekujący się świątynią bramin złożył mi u stóp banana z porannej pudży. Nigdy nie spotkałem się z grymasem z tego powodu ze strony mieszkańców Indii. Ale tym razem zmieniłem kierunek. Ostatecznie Słońce zawsze będzie świecić równo dla wszystkich.

Analogicznej sytuacji doświadczyłem w tym miesiącu w Tiruvannamalai. Byliśmy z Anetą na pięknym koncercie badżanów czyli tradycyjnych duchowych pieśni. Na harfie i gitarze grała i przewodziła śpiewom para z Kanady, akompaniowania przez muzyków z Rosji i Szwajcarii. Większość obecnych na dachu budynku z widokiem na święta górę Arunachalę to byli szeroko rozumiani zachodni ludzie, odnotowałem zaledwie 2 młodych chłopców z Indii. W pewnym momencie ,gdy śpiewaliśmy przepiękną buddyjską mantrę otwierającą serca „Om tare tu tare” poczuliśmy z Anetą, że chcemy się przytulić i usiedliśmy w uścisku. Nagle z pretensjami ten magiczny moment przerwała nam jakaś kobieta, po akcencie sądząc z Francji, mówiąc, że nie jesteśmy w Europie i „tutaj są Indian people”, więc nie wolno się przytulać. To nie był czas na dyskusję, więc by jej nie drażnić przez resztę koncertu już siedzieliśmy całkiem osobno.

Po koncercie kobieta sama do mnie podeszła i z pozycji wyższości chciała mnie „uświadamiać”, mówiąc, że w Indiach dotyk między kobietą i mężczyzną jest niedopuszczalny i my zachodni ludzie musimy dostosować się. Powołała się jeszcze na autorytet świętej góry Nachuchali, jakby obecnemu w postaci góry potężnemu Sziwie miałoby przeszkadzać przytulenie się przez dwójkę Polaków gdzieś w miasteczku nieopodal. Powiedziałem jej, że dwaj chłopcy z Indii którzy byli na tym koncercie w czasie gdy ona interweniowała, śpiewali mantrę i najwyraźniej w ogóle nie przeszkadzało im to że usiedliśmy z Anetą stykając się ciałami. Nie wiemy jaki mają do tego stosunek, ale jest równie duża szansa, że było to dla nich przyjemne, jak i że było to im zupełne obojętne. Poprosiłem ją by nie zasłaniała się swoim wyobrażeniem, czego potrzebują „Indian people” tylko jeśli jej osobiście coś przeszkadza by wtedy interweniowała wyłącznie w swoim imieniu, wtedy jestem w stanie poczuć potrzebę drugiego człowieka. Tylko mówiąc o własnych potrzebach jesteśmy w prawdzie, nie domniemaniach. Wszelkie zasłanianie się innymi, czy to będą Hindusi, czy jakiekolwiek ogólniki „bo ludzie tak uważają”, „bo tak się robi” to do mnie trafiają.

DSC01238

W takich sytuacjach istotne jest też, jaką ma intencje osoba, która nas poprawia. Mieliśmy podczas poprzednich pobytów w Indiach, sytuację, gdy pani sprzedająca kokosy zwróciła uwagę Anecie, że powinna przykryć chustą ramiona. Gestami pokazała, że odsłaniać można najwyżej boczki wystające z sari, a cała góra ma być zakryta. To było proste i prawdziwe, w pełni raw, 100% organic. Aneta od tej pory zwykła nosić przy sobie chustę i wyczuwa kiedy lepiej zasłonić ramiona, a gdzie może sobie pozwolić na swobodniejsze opalanie. Z uwagi tej prostej kobiety czuliśmy troskę o nas, a nie wywyższanie się.

A co do Hindusów, Indie się zmieniają i są pełne sprzeczności, które mnie ciągle fascynują. Pamiętam jak w zeszłym roku w świątyni Meenakshi w Maduraju by wejść do świątyni musieliśmy przejść przez drobiazgową kontrolę i skanowanie jak na lotnisku. Aparaty fotograficzne były zabronione i profilaktycznie zostawiliśmy je w pobliskim sklepie. Na terenie świątyni wisiały wszędzie tabliczki z przekreślonymi aparatami. Mimo to, jak dostaliśmy się do środka, nie mogliśmy się opędzić od Hindusów, chcących robić sobie zdjęcia z nami na tle świątyni swoimi smartfonami, które jakoś nie wzbudziły podejrzliwości służb porządkowych ani gniewu największych dewotów.

Mam silne przekonanie, że możemy będąc w Indiach swoim zachowaniem dawać wyraz wierności swoim wartościom. Czyli jak dla mnie wartością jest bliskość, którą budujemy również za pomocą bliskiego kontaktu fizycznego, mogę przytulić ukochaną w miejscu publicznym. Uważam, że Hindusi mogą się sporo nauczyć od nas, jak może wyglądać zdrowa bliskość w związku, obserwując nas, bo u nich ta sprawa jest dużo bardziej postawiona na głowie niż u nas. Tutaj załamuje się system aranżowanych przez rodziców małżeństw, choć jeszcze poza Delhi, Bombajem czy Bangalore świetnie się trzyma, a nie wykształcił się jeszcze w pełni nowy system zawierania znajomości. Nawet na klubach śmiechu są oddzielne kręgi dla mężczyzn i kobiet i nie można sobie podać ręki „międzypłciowo”. Bariera w zdrowym kontakcie może prowadzić do nadużyć, o których nieraz słyszymy w mediach. Ale jestem daleki od mesjanizmu na siłę, nie jestem tu po to by zmieniać kogokolwiek, ale daję sobie prawo by inspirować moim przykładem. Jakby kogoś to drażniło to niech mi to powie i jestem wtedy gotów go wysłuchać, a nawet i ustąpić. Podobnie z jogą, pies z głową do dołu nie jest pokazywaniem nikogo tyłka, bo nie taka jest intencja tej praktyki.

Co więcej, uważam, że wszelkie przekonania nas, zachodnich ludzi, na temat Hindusów, jak i wszelkie przekonania Hindusów na temat „westernersów” są ograniczeniami i barierami. Rozwój dla mnie polega na wznoszeniu się ponad te bariery i schematy, gotowości spotkania z drugim człowiekiem z czystą kartą, bez wcześniejszych założeń, że będzie taki czy owaki. My możemy mieć przekonanie, że Hindusi to niedotykalni świętoszkowie, których obraża dotyk mężczyzny i kobiety czy powitanie słońca tyłem do świątyni, a oni miewają swoje przekonania, że biała kobieta, która bez towarzystwa mężczyzny opala się w bikini na plaży będzie zainteresowana łatwym seksem. Oba przekonania są tak samo wyssane z palca, jak i szkodliwe. Duchowość dla mnie to otwieranie przestrzeni w umyśle, wyzwalanie się z ograniczających naszą duszę schematów mentalnych.

Nie zamierzam poddawać się ludziom, którzy chcą być bardziej papiescy od papieża czy bardziej hindu od samego Sziwy. I Wy kochani nie dawajcie się im łatwo! Nie jeźdźmy do Indii z poczuciem niższości! Szanujmy siebie i swoje wartości. My możemy się pewnych rzeczy nauczyć od mieszkańców Indii, a oni od nas, i niech na tym polega piękno naszego spotkania w czystej przestrzeni serca.

fot. Małgorzata Mitura (1), Piotr i Aneta Bielscy (reszta)

DSC01266

Komentarze Facebook

Dodaj komentarz